Tekst opublikowany w 2014 w dwóch częściach w „Edukacja i Dialog”
Chciałabym i się boję... Polska edukacja w obliczu nowych technologii (na przykładzie UKW). Część 1.” Edukacja i Dialog. Czasopismo Liderów Edukacji. 05/06 2012 236/237. 20-27. Witold Kołodziejczyk, Anna Raczyńska (eds). Edukacja i Dialog Sp. z o.o. Wytowno. 2012.
„Chciałabym i się boję... Polska edukacja w obliczu nowych technologii (na przykładzie UKW). Część 2.” Edukacja i Dialog. Czasopismo Liderów Edukacji. 07/08 2012 238/239. 14-20. Witold Kołodziejczyk, Anna Raczyńska (eds). Edukacja i Dialog Sp. z o.o. Wytowno. 2012.
Tekst opubliowany w 2015 w całości:
„Chciałabym i się boję... Polska edukacja w obliczu nowych technologii (na przykładzie UKW).” Kierunki humanistyczne i społeczne Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego wobec digitalizacji. Studium wybranych inicjatyw. Krzysztof Okoński / Karol Gliszczyński (red.). Bydgoszcz 2015. ISBN 978-83-941748-0-4
Artykuł napisany na podstawie prezentacji wygłoszonej na konferencji naukowej „Kierunki humanistyczne, pedagogiczne i społeczne UKW wobec digitalizacji: narzędzia – dydaktyka – kompetencje absolwenta – cyfryzacja obiegu naukowego” zorganizowanej na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy przez miejscową Katedrę Germanistyki w dniu 21 maja 2012 r.
Chciałabym i się boję... Polska edukacja w obliczu nowych technologii (na przykładzie UKW).
ABSTRAKT
Bardzo trudno jest jednoznacznie oceniać lub wyrokować na temat Polskiego systemu edukacji wobec nowych trendów i technologii w nauczaniu. Powodów jest kilka, od zmian demograficznych poczynając, po ciągłe reformy i rewolucje, a na utrzymywaniu status quo z poprzedniej kserokopiarkowej epoki kończąc. Z jednej strony szkoły podstawowe i średnie wdrażają elektroniczne dzienniki, utrzymują e-kontakt z rodzicami, uczestniczą w międzynarodowych programach edukacyjnych oraz wymiany uczniów i studentów. Z drugiej strony wszystkie wady obecnego systemu kanalizują się w szkołach wyższych. Nowa matura, która ponoć miała być lekarstwem na całe zło odebrała uczelniom wyższym możliwość weryfikacji maturzystów, a nowy system 3+2 wprowadzając licencjat w praktyce skrócił proces edukacji wyższej o połowę. W takiej sytuacji zastała nas wszystkich doba komputeryzacji, cyfryzacji, facebooka i youtuba. Niestety edukacja wyższa nie zdaje obecnie egzaminu, który i w szkołach niższego szczebla i w oczach studentów, a nawet według nauczycieli, wcale nie stawia poprzeczki zbyt wysoko. Bo czy można za zbyt wygórowane wymagania uznać używanie e-maili, internetu, plików mp3 czy avi, e-booków, słowników internetowych itd. Okazuje się, że można. I tu pojawia się drugie pytanie, którego często sobie nie zadajemy. Czy w ogóle ta cała nowatorska technologia jest potrzebna w procesie edukacji?! Jest dostępna i jest nam wręcz wmuszana na siłe, ale czy jest potrzebna? I tu zaczyna się prawdziwie ciekawa dyskusja.
SŁOWA KLUCZOWE
edukacja wyższa, nowe technologie, rozwój procesu edukacji, platforma edukacyjna
Od wielu lat staram się wzbogacać prowadzone zajęcia o elementy multimedialne, które stają się codziennością w nowoczesnej edukacji oraz w otaczającej nas rzeczywistości. Czynię to z różnym skutkiem i zainteresowaniem studentów, co pewnie nie odbiega od doświadczeń większości nauczycieli akademickich, szkół średnich, oraz podstawowych. Od kilku lat pracując na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego z powodzeniem używam darmowego pakietu Google Applications, który od biedy jest w stanie zastąpić nowoczesne platformy edukacyjne. Jednak UKW, jak i inne szkoły wyższe w naszym kraju, staje obecnie przed dylematem systemowego wprowadzenia e-nauczania zarówno na studiach stacjonarnych jak i niestacjonarnych. Od dwóch lat debatujemy nad tymi zagadnieniami bardzo intensywnie, gdyż UKW otrzymało jedną z najnowocześniejszych platform edukacyjnych CourseMill-Lectora stosowanych w edukacji i korporacjach na całym świecie. W tym czasie odbyliśmy niezliczoną ilość dyskusji formalnych i nieformalnych na temat rozwoju naszych jednostek, UKW, oraz edukacji jako takiej, jednak nasze wnioski często rozmijają się z realnymi możliwościami lub chęciami wprowadzenia ich w życie. W niniejszym artykule postaram się wskazać największe bolączki polskiej edukacji z którymi musi się mierzyć nie tylko UKW, ale każda uczelnia wyższa w naszym kraju. W miarę możliwości postaram się również wskazać kilka rozwiązań, które mogą uzdrowić obecną sytuacje, jednak rozważając co można osiągnąć należy pamiętać, że z jednej strony jesteśmy ograniczeni przez odgórne decyzje Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a z drugiej przez bardzo skostniały system podejmowania decyzji na państwowych uczelniach wyższych.
Niniejszy artykuł został napisany na podstawie prezentacji wygłoszonej na konferencji naukowej „Kierunki humanistyczne, pedagogiczne i społeczne UKW wobec digitalizacji: narzędzia – dydaktyka – kompetencje absolwenta – cyfryzacja obiegu naukowego” zorganizowanej na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy przez miejscową Katedrę Germanistyki w dniu 21 maja 2012 r. Z tego powodu w dużej mierze odzwierciedla on organizację przewidzianą dla obrazkowego przekazu jakim są slajdy rzucane na ekran. Zdecydowałem się zachować taką formę, gdyż właśnie z uwagi na potrzeby konferencji i dyskusji przygotowałem taką a nie inną organizację i strukturę swoich wypowiedzi oraz wspierające je przykłady. Zainteresowanych odsyłam do Internetu gdzie można znaleźć tę prezentację pod adresem ukw.academia.edu/MikolajSobocinski/Talks .
O czym tu rozmawiać?
Rozważając kwestie nowoczesnej edukacji w polskich szkołach wyższych, stajemy przed poważnym dylematem. O czym tak naprawdę powinniśmy rozmawiać, co możemy powiedzieć, czego nie należy oczekiwać, itd. Temat jest tak rozległy, że najprościej byłoby wskazać braki polskich szkół odnosząc się do komunizmu, albo do drugiej wojny światowej, albo do walki o niezależność po pierwszej wojnie światowej, lub wręcz do ponad stu lat oporu przeciw rusyfikacji i germanizacji. Tylko, że taka rozmowa nie doprowadzi nas do żadnych produktywnych wniosków gdy ostatecznym pytaniem jest „który model e-nauczania wprowadzimy w naszej jednostce?” Czy nam się to podoba, czy nie, musimy pominąć genezę naszego technologicznego zacofania i zająć się praktycznymi aspektami wprowadzania (lub nie) e-nauczania w polskim systemie edukacji (wyższej).
Klasa (nie)normalna
Niestety do pewnego stopnia musimy opisać zastaną sytuację, żeby się przekonać czym tak naprawdę powinno być wprowadzanie nowoczesnych technologii w polskich szkołach i uczelniach. UKW jak wiele innych szkół wyższych odziedziczyła budynki z poprzedniej epoki, które często są symbolem zacofania, lub przynajmniej nie były budowane z myślą o edukacyjnym przeznaczeniu. A już na pewno, gdy je budowano, nikt nie wiedział, że kiedyś będzie je trzeba dostosowywać do wprowadzenia nowoczesnych technologii i urządzeń. Pozwolę sobie na wyliczenie kilku najważniejszych braków, które w dużym stopniu utrudniają e-rozwój naszych placówek, chociaż problemy o których wspomnę mogą się wydawać trywialne. Niestety ilość czasami przekłada się na jakość.
Jednym z najpoważniejszych problemów z jakimi stykamy się w wielu budynkach i salach zajęciowych na UKW (a wiem z doświadczenia i od kolegów wykładowców, że moja uczelnia nie jest tu wyjątkiem) są zwykłe tablice. W zasadzie nie ma większej różnicy czy są to tablice czarne, czy zielone. Po dekadach używania, ścierania i pisania, najzwyczajniej nie nadają się już one do użytku. Niestety, zbyt często czynnikiem odróżniającym szkołę średnią od wyższej, z punktu widzenia studenta, jest właśnie żenująca jakość tablicy, a co za tym idzie trudności z odczytaniem wiedzy przelewanej za pomocą kredy. Drugim problemem, równie trywialnym, jest usytuowanie kontaktów. Najczęściej w salach jest zaledwie jeden kontakt, który znajduje się w nieodpowiednim miejscu, w niewłaściwym rogu sali, a do tego tak daleko od tablicy i od biurka prowadzącego zajęcia, że nie jest możliwe prowadzenie zajęć w jednym miejscu. Przynajmniej w połowie sal w których uczę mam osobne „miejsce” do siedzenia, „miejsce” pracy przy tablicy, „miejsce” dostępu do telewizora, oraz „miejsce” do podłączenia rzutnika lub laptopa lub głośników. Zdaję sobie sprawę, że prosty przedłużacz jest w stanie uczynić moją pracę mniej mozolną, jednak przedłużacze mamy limitowane, gdyż zwykle gdzieś giną. W zasadzie uniwersytecką salę na ćwiczenia opisują braki. Brak firanek, zasłon, odmalowanych ścian itp. Po ostatniej wizycie w szkole średniej zauważyłem również, że „tam” są kwiatki, szafki z przyborami, półki z książkami i pomocami naukowymi, plakaty, zdjęcia, tablice informacyjne... Wymieniać można bez końca. Może i sala na uniwersytecie nie musi być pstrokata jak papuga, ale przyjazne środowisko z którym student będzie się identyfikował, które będzie współtworzył, i które będzie zapewniało wzbogacony i natychmiastowy dostęp do pomocy naukowych zdecydowanie poprawia komfort pracy.
Z drugiej strony należy wymienić urządzenia, które w naszych salach zajęciowych znaleźć można bez większego problemu. Mamy telewizory. I najczęściej te telewizory działają. Co prawda nawet gdy działają, to jeszcze nie ma pewności, że uda się je podłączyć do laptopów czy nowoczesnych multimedialnych telefonów komórkowych, ale są. Zawsze można przecież podłączyć do nich wideo lub DVD. Jak już wcześniej wspomniałem mamy pewne braki w kwestii przedłużaczy. Odtwarzaczy wideo i DVD też mamy za mało, więc trzeba się na nie „zapisać”. Stąd bez odpowiedniego odtwarzacza i przedłużacza, spora część starszych telewizorów musi stać odłogiem. Rozwiązaniem jest przejście na wyższy pułap, entuzjastyczne wejście w lata 90te ubiegłego wieku, i „przytachanie” laptopa, rzutnika, ekranu, głośników i już wspomnianych przedłużaczy. Problem w tym, że ani komputerów ani laptopów w salach nie mamy. Na rzutniki też się trzeba „zapisać”, a nawet jak już wszystko jest i działa, to jeszcze trzeba to wszystko na plecach przynieść do sali, na kilka zajęć, a potem odnieść i odłożyć wszystko na miejsce. Przecież zaraz inny wykładowca będzie musiał wszystko zabrać do innej sali. Pewnym rozwiązaniem jest umawianie się kto w którym tygodniu używa całego zestawu, żebyśmy nie musieli go sobie wyrywać z rąk i nosić po całym budynku, jednak to znaczy, że w praktyce dostęp do multimediów na zajęciach jest ograniczony do tygodni parzystych i nieparzystych.
Jeszcze inną kwestią jest dostęp do Internetu. Obecnie większość, a może nawet wszystkie budynki uniwersyteckie posiadają bezprzewodowy dostęp do uniwersyteckiej sieci WiFi. Co prawda logowanie i potwierdzanie tożsamości przy każdym uruchomieniu komputera może się wydawać męczące, jednak co dostęp, to dostęp. Niestety, albo mury starych budynków są zbyt grube, albo ilość anten jest niewystarczająca, gdyż widoczność uniwersyteckiej sieci WiFi nie oznacza jeszcze praktycznej możliwości zalogowania się do niej i wcale nie przesądza czy Internet będzie w ogóle dostępny. W moim budynku zasięg jest najsilniejszy i naprawdę szybki w centralnej części, jednak już w salach „na peryferiach” o Internecie można jedynie pomarzyć. Więc nawet jeżeli akurat udało nam się zdobyć rzutnik i ekran i przedłużacz i głośniki, to wcale jeszcze nie oznacza, że będziemy w stanie pokazać studentom jak z Internetu i jego dobrodziejstw korzystać w praktyce.
Kolejny problem techniczny jaki jest nader częsty na uczelniach wyższych dotyczy różnych systemów informatycznych wprowadzanych na uczelniach. Zazwyczaj programy czy platformy, które już są w posiadaniu uczelni, mogą usprawnić prowadzenie zajęć, oraz uniknąć wielu problemów o których wspomniałem wyżej. Wiedząc co i na których zajęciach chcę zaprezentować studentom mogę się przecież łatwo zamienić na salę z kolegą lub koleżanką. Choć najprostszy sposób sprawdzenia planu zajęć oraz obciążenia sal możliwy jest do uzyskania przez wszędobylskie platformy USOS i Moodle są jednak zazwyczaj albo nieuruchomione, albo nieaktualizowane. W konsekwencji, pomimo dostępnych cyfrowych narzędzi, dostępnych zawsze i wszędzie, nadal używamy papierowych rozpisek z wygumkowanymi nazwiskami i przepisywanymi zajęciami. Niby wszystko działa, tylko w dzisiejszych czasach to już nie wystarcza. Jeżeli studenci w ciągu kilku minut są w stanie zlokalizować znajomych, materiały, lub opis zajęć, to my też musimy do takiego tępa dostępu do bieżących informacji dorosnąć.
Wykładowca potrafi
W konsekwencji dzisiejszy wykładowca, szczególnie osoby prowadzące ćwiczenia, czyli zajęcia kontaktowe bazujące na bezpośrednim dwustronnym kontakcie, musi być człowiekiem orkiestrą. W ostatnich latach widziałem jak moi koledzy przynoszą na zajęcia prywatne laptopy, rzutniki, ekrany, przedłużacze, głośniki, lub korzystali z własnego dostępu do Internetu. Można? Można. Tylko czy w systemie edukacji wyższej chodzi o to by o nowoczesności szkoły świadczyła zaradność i zamożność wykładowców? Ja sam korzystam z multimedialnego telefonu komórkowego, który podłączam do telewizorów (tych mniej archaicznych), i odtwarzam materiały do słuchania, wideo, piosenki, prezentacje itd. Z własnej inicjatywy i w wolnym czasie (o ile coś takiego istnieje) przygotowuję materiały dla moich studentów w pakiecie Google Applications. Kilka lat temu sprawdziłem czy uda mi się współdzielić ze studentami dokumenty w Google Documents w ramach zajęć z pisania akademickiego, a potem dodałem do tego Google Groups, by jeszcze bardziej usprawnić wymianę informacji i dostęp do katalogów z dokumentami. Przez ostatnie dwa lata wszystkie zajęcia, które prowadzę, mają swoje cyfrowe odbicie w Google Sites. Dzięki temu moi studenci zawsze wiedzą co było, co jest, i co będzie omawiane w czasie naszych spotkań, jakie materiały są niezbędne, oraz dostają zazwyczaj jakiś dodatkowy film lub nagranie dźwiękowe, które rozszerza omawiane zagadnienia. Tylko to wszystko robię w „wolnym czasie”, a dodatkowe elementy e-klasy takie jak testy, interaktywne lekcje czy materiały zbudowane na podstawie podręczników są w Google Apps niedostępne. Wiem, że część moich kolegów i koleżanek, nie tylko na UKW, również korzysta z własnej wiedzy z zakresu IT i przygotowuje studentom strony internetowe by wzbogacić prowadzone kursy.
Przedpole e-nauczania
Jednak kwestią dużo bardziej irytującą niż brak pewnych narzędzi w edukacji, jest niepełne wprowadzenie tych, które już na uczelniach wyższych mamy. Wszyscy znamy, a kilka lat temu mocno się opieraliśmy przed wprowadzeniem systemu wspomagającego monitorowanie studentów znanego jako USOS. Po latach okazało się, że ma on sporo zalet i potrafi przyspieszyć zarówno naszą pracę oraz kontakt ze studentami. Tylko co z tego, że protokoły można wypisywać w zaciszu domowym, skoro na wielu uczelniach nadal trzeba je potem drukować i podpisywać przy każdym nazwisku. Współczuję wykładowcom prowadzącym wielkie grupy na prawie czy ekonomii. Innym, i moim zdaniem jeszcze bardziej irytującym problemem jest kalendarz, który w USOSie ma kilka dodatkowych funkcji. Jest to dosyć niezwykły kalendarz, bo ma za sobą całe zaplecze e-technologii. Pozwala on na jednoczesne sprawdzenie zajęć wykładowców, ale również studentów, co często się przydaje, gdy studenci proszą o przełożenie zajęć, bo „przecież innych zajęć już nie mamy”. Albo gdy chcemy zamienić sale z inną grupą, żeby mieć dostęp do upragnionego telewizora, rzutnika, czy Internetu. Jednak co ważniejsze, w momencie gdy musimy odwołać zajęcia lub je przełożyć, w bardzo łatwy sposób możemy znaleźć które sale są wolne wtedy gdy i my i nasi studenci mamy czas na nadrobienie zaległości. Inaczej pozostaje nam wycieczka do „Pani Krysi”, która ma jedyną wersję obciążenia sal. Najczęściej w wersji papierowej, na arkuszu A2, z podopisywanymi informacjami mniej i bardziej tajnymi. Na szczęście w budynku w którym mam przyjemność prowadzić zajęcia, „Pani Krysia” jest bardzo przyjaźnie nastawiona do zabłąkanych wykładowców szukających wolnych sal jak Świętego Grala. Ale co mają zrobić mniej szczęśliwi wykładowcy na innych uczelniach? USOS i ten i wiele innych problemów może rozwiązać, o ile jest w pełni wykorzystywany i powiązany z różnymi uniwersyteckimi bazami danych.
Jeszcze jeden problem, który dotyka każdą uczelnię szczególnie w semestrze letnim są święta, długie weekendy i juwenalia... Niby nic, ale gdy do tego dołożymy wybory, które najczęściej odbywają się na przełomie kwietnia i maja dochodzimy do skrajnej sytuacji gdy 1/3 zajęć bezpowrotnie przepada. Niby na wykładach można powiedzieć studentom, że mają pewną partię materiału sami przeczytać i opracować. Nie jest to do końca fair by studenci sami się uczyli czegoś, co powinni poznać na zajęciach, ale w jakimś stopniu jest to wykonalne. Ale co mają zrobić studenci, którzy tracą laboratoria lub ćwiczenia. Tu nie chodzi o wiedzę, ale o umiejętności. Nie ma aż takiego znaczenia czy ktoś rozumie reguły fonologiczne lub pamięta by nie wlewać wody do kwasu, tylko czy potrafi te reguły fonologiczne zastosować w praktyce, lub czy nie przyprawi innych studentów o zawał serca a siebie o poparzenia w czasie następnych zajęć. Zwykły kalendarz umożliwiający bardziej efektywne zarządzanie salami oraz pozwalający na odrabianie straconych spotkań może podobne sytuacje zdecydowanie ograniczyć. Szkoda, że najczęściej „może” ale „nie robi” jest tu wyznacznikiem działania systemów takich jak USOS czy popularny Moodle. O tym, że przy zastosowaniu platformy edukacyjnej problem z uciekającymi zajęciami można by rozwiązać w 100% ustalając na problematyczne tygodnie materiały i zadania w e-klasie nie będę już tu wspominał. Fantastykę naukową zostawmy sobie na później.
Fantastyka naukowa w szkołach podstawowych
Skoro w szkołach wyższych szukamy pewnych wzorców na wprowadzanie nowoczesnych technologii w procesie edukacji, czemu nie możemy zacząć uczyć się od szkół podstawowych i średnich. Dlaczego znowu wszystko wskazuje na to, że powiązań między Ministerstwem Edukacji Wyższej i Ministerstwem Edukacji Narodowej jest tyle co na lekarstwo. Jak to się stało, że szkoły podstawowe i średnie mogą być wyposażone w sale komputerowe, multimedialne sale dla pierwszaków z laptopami, rzutnikami, tablicami multimedialnymi i profesjonalnym oprogramowaniem. Dlaczego szkoły podstawowe znalazły źródła finansowania ambitnych planów, a szkoły wyższe nie? Chociaż znowu zarzut ten należy skierować raczej do sektora publicznego, bo w jakiś przedziwny sposób szkoły prywatne bardzo często rozwijają się technologicznie w niewiarygodnym tempie. No ale tam liczy się każdą złotówkę przed wydaniem, a potem się ją wydaje. Na uczelniach państwowych często mamy wrażenie, że pieniądze tylko krążą między wydziałami, jednak ani sensu ani efektów w tym większych znaleźć nie można. Dodatkowo nowe prawodawstwo zmusza nas do przeprowadzenia przetargów publicznych. Zarówno na uczelniach jak i w administracji państwowej najczęściej wyboru dokonuje się na podstawie ceny. Więc dostajemy towary tanie, a jak tanie to najczęściej kiepskiej jakości. Tylko, że przetargi można pisać tak by algorytm faworyzował jakość, serwis, gwarancję, dodatkowe funkcje komunikacji w korporacjach itd. A cena nadal będzie niska. Wiem, bo mój kolega przeprowadza przetargi na dziesiątki samochodów, czy setki komputerów. Niestety zajmuje się tym w branży energetycznej, a nie w edukacji. Dodatkowo, jakimś cudem, na uczelniach wyższych nie możemy się nauczyć, że przetarg opłaca się przeprowadzać dopiero gdy zamawia się dużo naraz. Kupowanie trzech różnych komputerów w przetargu nie ma większego sensu. Ale już zakup dwudziestu identycznych maszyn może zredukować cenę jednostkową nawet o połowę! Dlatego najczęstsze tłumaczenie „nie możemy kupić więcej komputerów, bo nie mamy pieniędzy” wcale do mnie nie przemawia. Właśnie zamawiając dużo można kupować taniej. Można kupować lepiej. A wszystko z serwisem i gwarancją, więc pieniądze można potem wydawać na urządzenia i modernizację dużo rzadziej.Ale zamiast narzekać, uczmy się. W szkołach podstawowych i średnich można było wprowadzić tablice multimedialne i przeszkolić nauczycieli. Udało się również wprowadzić e-dzienniki, dzięki czemu rodzice i uczniowie mają na bieżąco wgląd w obecności i oceny wypisywane przez nauczycieli. W niektórych szkołach zdecydowano się również na wprowadzenie platform edukacyjnych takich jak darmowy Moodle, dzięki czemu interakcja między nauczycielem, uczniem i rodzicem może być pełniejsza i jeszcze bardziej efektywna. O nowoczesnych salach komputerowych i Internecie znowu z grzeczności nie wspomnę. Uczmy się. Piszmy projekty, składajmy podania, zrzeszajmy się, wchodźmy w „konszachty” z firmami prywatnymi o ile pozwoli to nam na szybsze wprowadzenie państwowych szkół wyższych w XIX wiek. Na razie na naszych brakach cierpią studenci, ale już za kilka lat gdy z całą siłą uderzy w nas niż demograficzny możemy przegrać batalię z bardziej prężnym sektorem prywatnym czy uczelniami zagranicznymi.
Strachy na Lachy
Mogło by się wydawać, że uczelnie wyższe polskiej młodzieży raczej nie powinny się obawiać. Jednak nie zauważamy pewnej drobnej zmiany pokoleniowej. Większość z nas, wykładowców, należy do pokolenia analogowego. Wychowaliśmy się na książkach, bibliotekach, rękopisach, przepisywanych notatkach z zajęć. Dla nas szczytem technologii była kserokopiarka, która zrewolucjonizowała ojczystą edukację w latach 90-tych. Młodzież, która obecnie studiuje, należy już do zupełnie innego świata. Różnice światopoglądowe i mentalne łączą się tu z dodatkową przepaścią technologiczną. Dla naszych studentów komputer i Internet, to nasze bruliony i długopisy. Oni bez nowych technologii nie wyobrażają sobie ani życia, ani studiowania. I nic dziwnego. Od zawsze, w ich życiu, te technologie były częścią ich naturalnego otoczenia. A co tu dopiero mówić o kolejnej grupie dzieci, która na uczelnie trafi dopiero za kilka lat. Dla nich oczywisty będzie wszędobylski i natychmiastowy dostęp nie tylko do Internetu, ale i do uczelni, i do wykładowcy, i do wszystkich podręczników i encyklopedii, i do własnej bazy danych wiszącej gdzieś w „chmurze”. A to jest tylko technologia. Nastawienie młodzieży do drugiego człowieka, form kontaktu i relacji, sposób komunikowania się z instytucjami i przynależność do różnych kręgów, wreszcie tożsamość, będą zupełnie odmienne od naszych wartości. I wcale nie chodzi tu o odpowiedź, który świat jest lepszy, czy bogatszy. Problemem będzie sama komunikacja. Jeżeli za kilka lat, tak jak zazwyczaj robimy to dziś, ograniczymy kanały komunikacji do starej tablicy i kredy, to sami siebie skażemy na zacofanie. Studenci się od nas odwrócą i będą mieli racje mówiąc, że na polskich uczelniach państwowych panuje średniowiecze. Dla nich nasz przekaz wiedzy w formie czystej będzie tak niezrozumiały, że zobaczą tylko archaiczne formy, które dla nich w większości pozostaną puste. Wszystkich zainteresowanych tym jak młodzież postrzega świat i rozwój technologii polecam szkolny projekt zwięczony filmem „Did You Know?”, który bez problemu można znaleźć na youtube.com. (Jeżeli któremuś z czytelników sugerowanie oglądania jakiegoś tam filmiku na jakimś tam portalu społecznościowym wydaje się niestosowne w takim to a takim artykule, który pojawia się w takim to a takim piśmie, to znaczy, że przepaść między drogim czytelnikiem, a studentem, jest już prawdopodobnie nie do przekroczenia bez dużej dozy zaufania i chęci zrozumienia dzisiejszej i jutrzejszej młodzieży.)
Już kilka razy wspominałem o e-klasie, platformach edukacyjnych oraz nowoczesnych technologiach. Również parę razy zaznaczałem, że polska edukacja wyższa najczęściej nie jest przygotowana na szybki skok technologiczny. Jednak dzięki odrobinie dobrej woli ze strony wykładowcy, można tę sytuację poprawić dzięki naszym wspaniałym studentom. Dziś jeszcze można poprosić studentów by wyjęli z toreb laptopy, tablety, czy komórki. By uruchomili słowniki, encyklopedie, arkusze kalkulacyjne, czy też przeszukali zasoby Internetu. Chociaż sam nie mam możliwości by stworzyć moim studentom warunki do nauki w nowoczesnej klasie, dzięki ich umiejętnościom oraz gadżetom daję im szansę zdobycia czegoś istotnego. Uczę ich pewnych umiejętności. Pokazuję im jak sami, indywidualnie lub w grupach, mogą stworzyć multimedialne środowisko do zdobywania informacji, analizowania jej, i przekształcania jej w wiedzę. Daję im umiejętność, która pozwoli im na dalszy rozwój i wzbogacanie studiów o najciekawsze z ich punktu widzenia elementy. Dziś jeszcze mogę im wytłumaczyć, że żaden uniwersytet nie jest w stanie zapewnić laptopów i tabletów dla każdego studenta. Dziś mogę ich poprosić o pomoc. Jednak za kilka lat takie tłumaczenie straci rację bytu. Każda sala, czy to wykładowa, czy też ćwiczeniowa, będzie musiała być bardziej lub mniej multimedialna. Jeżeli będziemy się upierać, że tablica i kreda wystarczy, bo tak było przez ostatnie tysiąc lat, to przegramy przyszłość własnej młodzieży. W dzisiejszym świecie nie możemy już tylko dawać studentom ryby. Rynek pracy oraz dalsze studia będą od nich wymagały umiejętności używania wędki, przeszukiwania nieskończonych zasobów informacji w poszukiwaniu tej właściwej tu i teraz, do wykonania konkretnego zadania. Dlatego staram się zachęcać studentów do używania elektronicznych zabawek na zajęciach, by rozwijać ich zainteresowania, wzbogacać ich wiedzę, oraz ćwiczyć umiejętności, które będą niezbędne w ich karierze. Dziś jeszcze mogę poprosić ich o użycie własnych laptopów, ale gdy na uniwersytety trafi następne pokolenie, takich wymówek już nikt nie wysłucha.
Słowem tabu w edukacji wyższej zdecydowanie okazuje się być „demografia”. Czy się nam to podoba, czy nie, mamy dziś mniej studentów niż 15 lat temu. Wtedy mogliśmy przebierać w najlepszych z najlepszych. No i matura w latach 90-tych to była matura, a nie to co teraz... I jeszcze były egzaminy wstępne. Stare dobre czasy. Tak przynajmniej sobie mówimy w kuluarach. Dziś maturzystów jest tylu ile miejsc oferują uczelnie wyższe. Ale niż jest jeszcze w szkołach średnich. Tak naprawdę jeszcze do nas nie dotarło jak bardzo będzie musiała się zmienić cała edukacja wyższa. Jednak najbliższe lata, to dopiero przygrywka do muzyki przyszłości. Dzisiejsze młode pokolenie jest bardzo nieliczne, a z powodu zmian kulturowych również niezbyt chętne do zakładania rodzin i posiadania dzieci. W konsekwencji już za lat 10 zacznie się kolejny niż, którego chyba nic już nie powstrzyma. Wiedząc, że musimy zmienić nasze nastawienie do studentów, bo ich mentalność oraz oczekiwania są inne niż nasze, możemy się jeszcze zacząć dostosowywać do obecnych realiów. Jednak wydaje mi się, że jeszcze ważniejsze jest, by już dziś zacząć rozmawiać o obu niżach demograficznych, które zmienią układ sił we wszystkich szkołach wyższych nie tylko w Polsce, ale prawdopodobnie na całym kontynencie. Jeszcze mamy czas się przygotować i zmienić. Inaczej pozostaniemy samotnymi naukowcami zamkniętymi w nielicznych wieżach z kości słoniowej. Od czasu do czasu trafi się jakiś ciekawski młodzian i z nami porozmawia, jednak chyba nie o to chodzi w systemie edukacji.
Jeszcze feudalizm czy już behawioryzm?
Wydaje się, że jednym z problemów, które utrzymują obecny status quo jest skostniała struktura uniwersytetów stawiająca na wertykalny układ komunikacji, ustalająca władców i wasali. Im bardziej oddzielimy administrację od wykładowców, a szeregowych asystentów od władz instytutów i wydziałów, tym bardziej będziemy się pogłębiać w anachronicznym systemie. Niestety w polskich realiach nakładają się sfery naukowa, dydaktyczna i administracyjna. Jednak tylko wyznacznik naukowy decyduje o kompetencjach, obowiązkach i wynagrodzeniu za pozostałe. A przecież zdobycie wiedzy nie jest gwarantem zdobycia np. umiejętności nauczycielskich. Gdyby tak było to nie powstawałyby jak grzyby po deszczu wszystkie kolegia i wydziały pedagogiczne. Również zdobyte tytuły naukowe nie gwarantują chęci zasiadania na czele katedr, instytutów, wydziałów, czy też uniwersytetów. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Mam wielki szacunek dla profesorskiej kadry naukowej i zdecydowana większość poznanych profesorów okazała się również wspaniałymi nauczycielami oraz organizatorami życia akademickiego. Tylko nie można oczekiwać, że osoby, które powinny się zajmować nauką z uwagi na swój wielki dorobek, będą chętnie się ograniczać do nużących zajęć administracyjnych lub do nadmiernych obciążeń dydaktycznych. Również fakt zdobycia nawet największej wiedzy z zakresu np. pedagogiki specjalnej, w żaden sposób nie gwarantuje zdobycia wiedzy i doświadczenia w zarządzaniu jednostkami uniwersyteckimi. Tymczasem młodzi pracownicy, często po studiach ekonomicznych lub administracyjnych, nie obejmują ważniejszych stanowisk gdyż nie posiadają jeszcze dostatecznego dorobku naukowego. Z tego samego powodu ich stawka godzinowa za prowadzone zajęcia jest mniejsza. W konsekwencji zarobki młodych naukowców prawie w całości są uzależnione od godzin dydaktycznych, gdyż ani w sferze naukowej, ani w administracyjnej, nie są w stanie „dorobić na uniwersytecie”.
W konsekwencji bardzo sztywny układ promujący w administracji kadrę naukową, która wcale takim obrotem sprawy nie musi być zainteresowana, zmusza młodszych pracowników do nadmiernego obciążenia dydaktycznego do „dorabiania na boku”. A jakże często to właśnie Ci młodsi koledzy mają i chęć i zapał by zająć się rozwojem własnych katedr. Pozostaje im jednak jedynie przyjęcie pojedynczych kompetencji, gdyż w czasie rozdzielania stanowisk i tak znowu priorytetem będzie dorobek naukowy, a nie chęci, wolny czas, czy zdobyte umiejętności. Widać to szczególnie wyraźnie w kwestii wprowadzania nowych technologii. Kadra z dużym dorobkiem naukowym zazwyczaj prowadzi ze studentami seminaria i wykłady. Wtedy jednak liczy się najbardziej albo bezpośredni kontakt, albo wiedza. W obu przypadkach nowe technologie w edukacji mogą być pomocne, jednak nie są aż tak istotne z punktu widzenia studenta. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja na początku studiów, gdy trzeba studentów przeprowadzić przez niezliczone ćwiczenia i laboratoria by oprócz wiedzy zdobyli również umiejętności. Na tym etapie edukacji, gdy wiedza i umiejętności się równoważą, wprowadzenie nowych technologii w procesie edukacji staje się wręcz niezbędne w dzisiejszych realiach. Doskonale zdają sobie z tego sprawę młodzi naukowcy, którzy takie ćwiczenia i laboratoria prowadzą każdego dnia. Dla nas każde udogodnienie pracy, każdy przejaw urozmaicenia studentom akademickiego życia, każda pomoc w naszych obowiązkach jest z utęsknieniem wyczekiwana. Właśnie dlatego sami próbujemy własnym sumptem wprowadzać nowe technologie, dlatego przynosimy te wszystkie rzutniki i ekrany, dlatego tworzymy dla studentów strony internetowe itd. itp. My już mamy i chęci, i wiedzę i praktykę. Jednak gdy dochodzi do kolejnej dyskusji na temat wprowadzenia pewnych technologicznych udogodnień, uruchomienia platformy edukacyjnej, rozliczenia naszej dodatkowej pracy w pensum godzin dydaktycznych, wtedy nagle się okazuje, że na żadnym stanowisku administracyjnym nie ma młodych naukowców, a większość kadry profesorskiej z naszymi problemami się nie styka, więc ich ani nie rozumie, ani nie popiera. Jeszcze raz zaznaczę, że bardzo szanuję ludzi, którzy poświęcili swoje życie zdobywaniu i propagowaniu wiedzy, jednak w dzisiejszym świecie utrzymywanie feudalnego systemu na uczelniach wyższych grozi nam stagnacją i odpływem młodszej kadry do sektora prywatnego. Najwyższy czas przyjrzeć się organizacji korporacji, który wymyka się prostej hierarchii jaką widać w strukturze danej firmy. Dziś równoprawnym kanałem komunikacji jest networking, tworzenie celowych zespołów, oraz współpraca horyzontalna między mniejszymi jednostkami w ramach wielkich molochów. Komunikacja góra-dół jest zbyt czasochłonna i wręcz zbędna, skoro i tak pewne zadania i kompetencje zostały już dawno scedowane na niższe szczeble. I tak oto znowu, czynnik zupełnie nie-technologiczny, wpływa w bardzo wymierny sposób na cyfryzację polskich uczelni państwowych.
Czy ktoś tu umie uczyć?
Kolejny problem z jakim zmaga się cały system edukacji w Polsce jest pedagogiczne i metodyczne przygotowanie do prowadzenia zajęć. Na dobrą sprawę nauczyciele akademiccy nie muszą mieć żadnego przeszkolenia metodycznego czy pedagogicznego, bo jedynym warunkiem zdobycia pracy jest dorobek naukowy. Wszyscy prowadzimy zajęcia, od szkół podstawowych, po szkoły wyższe, jednak przez wiele dekad mieliśmy dobór negatywny nauczycieli oraz kompletny brak nadzoru metodycznego. Znam wiele osób, których zajęcia były sprawdzane zaledwie raz lub dwa w ciągu dekady Nie wiem co byśmy musieli zrobić, co nasi studenci musieli by napisać w ankietach, lub z jakimi problemami i dowodami przyjść do naszych zwierzchników, by ktoś sprawdził czy potrafimy prowadzić zajęcia dydaktyczne. Ponoć nowa ustawa ma to zmienić, ale „pożyjemy i zobaczymy” jak to wszystko zadziała w praktyce, po latach braku ścisłego nadzoru metodycznego. Przecież naukowiec nie musi być dydaktykiem z zamiłowania, ani administratorem z doświadczenia. Co innego w sektorze prywatnym. W czasie pracy w szkole językowej zarówno moi koledzy i koleżanki, tak jak ja, byliśmy sprawdzani kilka razy w ciągu semestru. Każda taka wizyta kończyła się spisaniem komentarzy i dyskusją. Dzięki pomocy metodyka mogliśmy zobaczyć co robimy źle, ale również co robimy dobrze. Jest to nieoceniona pomoc specjalisty nie od przedmiotu który wykładamy, tylko od samej umiejętności przekazywania wiedzy. Studenci kolegiów językowych oraz filologii, którzy przeszli przez metodykę nauki języków obcych oraz kursy pedagogiczne i psychologiczne, doskonale zdają sobie sprawę z mnogości metod, strategii i technik, które w edukacji można zastosować niezależnie od tego co się wykłada.
Dlatego nie mogę zrozumieć oporu całego systemu edukacji w Polsce przed wprowadzeniem do szkół i na uczelnie zawodu metodyka, którego zadaniem przecież nie jest wytykanie błędów, a usprawnienie naszej pracy i polepszenie procesu edukacji. Jest dla mnie również wielką zagadką skąd bierze się ogólny opór przed spotkaniami w ramach zespołów lub osób prowadzących pewną grupę zajęć by nie dyskutować co student powinien wiedzieć, ale jak mu tę wiedzę najlepiej przekazać. Kilka lat temu w Katedrze Filologii Angielskiej UKW doszliśmy do wniosku, że nowi studenci, proces Boloński i licencjaty, zmieniły format studiów do tego stopnia, że musimy się na nowo zastanowić jak prowadzić zajęcia z pisania na studiach licencjackich. Po bardzo zażartej i często gwałtownej dyskusji udało nam się bardzo precyzyjnie rozpisać wiedzę i umiejętności jakie student musi zdobyć w ciągu każdego semestru studiów. Wzięliśmy pod uwagę zajęcia ze struktur i konwersacji zastanawiając się nad najważniejszymi działami gramatyki i leksyki, które w każdym semestrze powinny być najistotniejsze, gdyż zajęcia z Praktycznej Nauki Języków Obcych powinni się przecież wspierać. Ustaliliśmy nowy podział materiału na zajęcia z czytania, tylko po to by studenci czytali ze zrozumieniem teksty, których potem uczą się pisać. System który ustaliliśmy sprawdza się już od lat i jedyną kwestią sporną nadal pozostaje forma egzaminu: ze słownikami, czy bez, na papierze, czy przy komputerze, samodzielnie, czy w zespołach. Jednak te wszystkie ustalenia i wizje udało się nam przedyskutować na jednym spotkaniu w zaledwie trzy godziny! Dzięki tej pracy również inaczej rozłożyliśmy materiał na zajęcia z pisania akademickiego dla studentów studiów magisterskich. Ilość e-maili jakie wtedy do siebie pisaliśmy była przeogromna, jednak sam okres dyskusji i podjęcia kilku prostych decyzji trwał tyle co mgnienie oka. Dlatego nadal nie rozumiem czemu na uczelniach państwowych tak się boimy spotkań metodycznych w gronie kolegów. Przecież nie będziemy wytykać palcami, kto czego nie umie, tylko wręcz przeciwnie, będziemy się dzielić wiedzą i umiejętnościami z zakresu metodyki nauczania naszego przedmiotu. Do dziś pamiętam zajęcia u filozofów i socjologów w Toruniu, gdzie obok siebie siedzieli magistranci, doktoranci, oraz pracownicy. Koledzy przychodzili na zajęcia kolegów, bo mieli wreszcie czas i możliwości poprowadzić dyskusje na tematy, które zwykle im uciekały. Ale jednocześnie sami od siebie uczyliśmy się jak uczyć, a przede wszystkim po co. Do dziś bardzo sobie cenię tamte spotkania i czerpię z nich wielką inspirację.
Metodyka uczenia języków obcych jest o tyle specyficzna, że w dużej mierze uczymy umiejętności komunikowania się, która powinna być naturalna dla każdego człowieka. Jednak różnice kulturowe, strach przed nieznanym, braki w wiedzy itp. powodują, że trudno jest przełamać pewne bariery gdy stajemy twarzą w twarz z obcokrajowcem. Właśnie z uwagi na tę mnogość problemów metodyka nauczania języków obcych została zbadana na lewo i prawo i przez ostatnie 100 lat przetestowana na wszelkie możliwe sposoby. Również większość nowatorskich technologii oraz strategii została już dawno sprawdzona i opisana. Czy to w Australii, gdzie dzieci uczyły się w domu kontaktując się z nauczycielami i innymi uczniami przez radio, czy też w Radzieckiej Armii, gdzie żołnierze dostawali chusty z listą najważniejszych zwrotów w regionalnych językach. Niestety większość tej wiedzy nie znajduje przełożenia na to jak na Polskich uniwersytetach się uczy. Ogólnie rzecz biorąc uczymy źle, co widać w ankietach naszych studentów. Techniki, które się sprawdzały przez ostatnie dziesięciolecia w szkolnictwie wyższym, dziś nie mają już racji bytu z uwagi na odmienność młodego pokolenia. Najwyższy czas stanąć przed faktami dokonanymi i zatrudnić metodyków, nie po to by nas straszyć, lecz po to by nam pomagać. Wszyscy na tym zyskamy. Choćby dlatego, że zadaniem takiego metodyka powinno być również przygotowanie najlepszych technik do prowadzenia e-learningu i organizacji e-klasy.
Czy wzbogacone nauczanie rzeczywiście wzbogaca?
Już wiele razy spotkałem się z pytaniem po co w ogóle te nowe technologie wprowadzać do edukacji. Przecież i tak wiedzę, którą przekazujemy student musi posiąść ciężką praca, co ostatecznie potwierdzą egzaminy. Wydaje mi się, że częściowo odpowiedziałem już na te pytania wskazując jak odmienne jest nowe pokolenie od naszego, analogowego. Innym aspektem który powinien przeważyć na rzecz nowych technologii jest efektywność procesu dydaktycznego, ale również naszej pracy. Przygotowując e-kurs poświęcam tyle samo czasu na jego ukończenie, niezależnie od tego czy przyjdzie do mnie 10 czy 110 studentów. W kolejnych latach mogę już taki gotowy kurs tylko modyfikować i rozwijać i nie muszę go na nowo układać. Dlatego przygotowane ćwiczenia, dodatkowe materiały, samosprawdzające się testy itd. możemy ustalić w takiej konfiguracji, żeby i zdolny student znalazł coś ciekawego, ale również ten słabszy, żeby mógł coś poćwiczyć i się sprawdzić. Tej pracy jest dużo, ale to wszystko się opłaca. Często w dyskusjach pojawia się aspekt finansowy właśnie z uwagi na tę dodatkową pracę. Skoro pracujemy więcej przygotowując e-zajęcia, to chcemy by nasz wysiłek został wynagrodzony również finansowo. Ponadto w skali całej uczelni oprogramowanie kosztuje, informatycy kosztują, nauczyciele żądają podwyżek... I skąd państwowa uczelnia ma na to wszystko brać? A skoro techniki używane w e-learningu, czy blended learningu, to są te same „stare chwyty” których używamy od lat, to po co płacić za kolorowe piórka. Wydaje się przecież, że to co zamieścimy w platformie edukacyjnej będzie tylko odzwierciedleniem zwykłej i tradycyjnej klasy i wykładów. Z tymi argumentami trudno się nie zgodzić, ale tylko wtedy gdy nie myślimy o rozwinięciu oferty edukacyjnej oraz o zwiększeniu efektywności i zasięgu całego procesu edukacji.
Niestety u podłoża wielu argumentów przeciw wprowadzeniu kosztownych i czasochłonnych systemów informatycznych często nie leżą braki w nowych technologiach, lecz w tym w jaki sposób z nich korzystamy. Jeżeli będziemy używać USOSa czy Moodla jak elektronicznej kartki papieru na której piszemy dokładnie to samo, co w naszych sprawozdaniach czy notatkach, to zgodzę się w 100%, że taka zmiana nie ma sensu. Jednak to, że ograniczymy nowe technologię do tradycyjnych użyć zależy tylko od nas. Właśnie po to nowe technologie są nowatorskie by nie ograniczać ich wykorzystywania do e-kredy i tablicy. W latach 90tych zastanawialiśmy się nad sensem ekspansji kserokopiarek i komputerów. Dziś nikt nie wyobraża sobie funkcjonowania bez nich. I chociaż spada czytelnictwo i poziom wiedzy, chyba trudno jest obronić tezę, że winę za ten fakt ponoszą kserokopiarki. To system edukacji nie nadąża za czasami, a kserokopiarka i komputer z wszędobylskim Internetem są tylko wskaźnikami odrealnienia procesu edukacji od rzeczywistości. Na rzeczywistość nie ma się co obrażać, bo to tak jakby obrażać się na pogodę. Jest jak jest i musimy się do panujących warunków przyzwyczaić i z nich korzystać. Podobnie z systemami mającymi wspomóc organizację uczelni wyższych, przepływ i współdzielenie dokumentów, oraz proces edukacji.
A wracając do dyskusji o finansach, to kolejnym kontrargumentem jest fakt, iż jeżeli przeliczymy koszty jakie trzeba ponieść na wdrożenie nowych technologii w danym roku, oraz sprawdzimy jaki zysk wygenerowały, to srogo się zawiedziemy. Jest to kolejny argument przeciwko nieskrępowanemu otwarciu uczelni na nowinki technologiczne. Komputery są drogie, szkolenia też, o oprogramowaniu nie wspominając. W skali uczelni takie koszty mogą się okazać gigantyczne. (O tym, że nie umiemy pisać przetargów, ani zdobywać funduszy zewnętrznych już pisałem.) Kosztów związanych z wprowadzeniem platform edukacyjnych czy choćby tablic multimedialnych nie można oszacować jednorazowo, ponieważ ich stałe utrzymanie, konserwacja i rozwój wymagają niekończących się dotacji. Żadna uczelnia nie jest w stanie takiego obciążenia wytrzymać. A jednak, prywatne szkoły jakoś sobie radzą pomimo braku dotacji ministerialnych. Dlatego powtórzę jeszcze raz. Uczmy się od innych, na ich błędach, ale i na ich osiągnięciach. Patrzmy co wykiełkowało na naszym podwórku, ale zerkajmy też do UE, do Ameryki, do Chin, a nawet do Afryki. Wiele rozwiązań systemowych i technologicznych zostało już gdzieś przetestowanych. A tak się składa, że ośrodki naukowo-dydaktyczne chętnie dzielą się swoim doświadczeniem, więc zapytać nigdy nie zaszkodzi.
Jak rozwiązać problem pieniędzy i wysokich kosztów wprowadzania nowych technologii na uczelnie? Niestety problemem nie jest odpowiedź, a samo pytanie! Najprościej na to pytanie odpowiedzieć innym pytaniem. Od kiedy wielkie inwestycje mają się zwrócić w ciągu roku lub nawet dwu? Przecież na wdrożenie technologii, przygotowanie kursów, przeszkolenie wykładowców, zmianę układu zajęć i programów potrzeba lat. Zobaczmy jak dziś wyglądają szkoły w Europie Zachodniej, które się przekształciły co najmniej 10 lat temu. Dopiero dekada może być wyznacznikiem zysków i strat. Dlaczego nie decydujemy się na okres przejściowy i zastosowanie rozwiązań darmowych? Moodle jest tu doskonałym przykładem. Musimy sami zapewnić obsługę platformy edukacyjnej, jednak kosztów zakupu możemy już uniknąć. Na UKW poszliśmy jeszcze o krok dalej. Posiadamy jedną z najbardziej nowoczesnych technologii do zarządzania i edukacji jaką można zastosować na uczelni wyższej, CourseMill-Lectora. I nasz uniwersytet nie wydał na ten zakup ani jednej złotówki! Wszystko przygotowała i zorganizowała Fundacja dla UKW, która w ramach funduszy UE zdołała zdobyć ponad pół miliona złotych na prezent dla swojej uczelni. Ale nawet jeżeli odłożymy dyskusję o kosztach zakupu lub utrzymania oprogramowania, to nadal się okaże, że działy informatyczne na uczelniach i tak istnieją. I tak trzeba inwestować w serwerownie, zespoły i co tam jeszcze uczelnia musi dziś posiadać. Te koszty i tak w dużej mierze już ponosimy. Dodatkowo cały czas wyliczamy, że z powodu tych wszystkich nowinek edukacja staje się coraz droższa. Ale znowu, kto powiedział, że dobra edukacja powinna być tania? Wszystko drożeje, wszyscy się specjalizują, i dokładnie to samo czeka edukację wyższą. Przestańmy się zastanawiać dlaczego nie wystarczy już pięć złotych na zakup kredy i zacznijmy inwestować w rozwój. Non progredi est regredi. A dzisiejszy świat pędzi do przodu na złamanie karku. I wreszcie ostatni gwóźdź do trumny. Kto i kiedy zabronił uczelniom państwowym na siebie zarabiać?! To właśnie dzięki nowym technologiom staje przed nami ogrom możliwości. Tylko najpierw trzeba zainwestować. Jak w każdym biznesie.
Świat należy do odważnych
W jaki sposób możemy na nowych technologiach zarobić? Pierwszym i bezpośrednim argumentem za wprowadzeniem wszelakich udogodnień powinien być fakt iż będziemy mogli utrzymać obecne kierunki studiów. Maturzystów jest coraz mniej, kierunki takie jak filologia klasyczna i nie tylko stają dziś nad przepaścią. Ułatwienie studentom przebrnięcia przez trudne i niezbyt dochodowe kierunki może je ocalić. Co więcej, studia, których otwarcie może się wydawać ryzykowne będzie łatwiej utworzyć i monitorować przy użyciu platform edukacyjnych. Łącząc e-kursy z kilku już istniejących specjalizacji i dokładając kilka dodatkowych, stosunkowo małymi kosztami będzie można „wypróbować” nową (a często właśnie starszą i już niedochodową) ofertę dydaktyczną. Jak wszyscy wiemy uczelnie państwowe zarabiają na studiach niestacjonarnych. Wyobraźmy sobie, że 50% zajęć zostaje zamieniona na niekontaktowe ćwiczenia i testy do samodzielnego wykonania przez Internet. Nauczyciele akademiccy będą musieli co prawda monitorować studentów i częściowo się z nimi kontaktować również w czasie takich zajęć, jednak od zaraz będzie można przyjąć dwa razy więcej osób na studia niestacjonarne. A dzięki temu będzie można obniżyć ich cenę, żeby stać się jeszcze bardziej konkurencyjnym dla uczelni w regionie, w kraju, a nawet za granicą. A skoro dzielimy już skórę na niedźwiedziu, to dlaczego nie pójść o jeszcze jeden krok dalej i nie odpowiedzieć na zapotrzebowanie dzisiejszego świata. Stwórzmy studia niestacjonarne, które w 80-90% będą się odbywać w formie elektronicznej. Student będzie się musiał tylko stawić osobiście na konsultacje i egzaminy, chociaż nawet tutaj są sposoby na pełne przeniesienie ich na platformy edukacyjne. Nagle okaże się, że uczelnie państwowe, które dysponują ogromem zasobów ludzkich są w stanie przyjąć nieograniczoną liczbę studentów na studia dzienne, wieczorowe i zaoczne, w formie kontaktowej, niekontaktowej lub mieszanej. To od studenta, jego czasu i zamożności będzie zależało, którą formę wybierze. Za jednym zamachem rozprawimy się również z indywidualnym tokiem nauczania, bo wszyscy studenci będą autonomicznie wybierać co i jak chcą studiować w ramach konkretnych specjalności. A nas przestaną ograniczać sale i budynki. O kosztach również przestaniemy dyskutować, bo nagle się okaże, że edukacja może być dochodowa szczególnie gdy jednocześnie stoi na wysokim poziomie merytorycznym i technologicznym.
Z mojego punktu widzenia jednak nadal i tu ograniczamy nasze myślenie do starych ram. Czy ktoś nam zabronił uczyć w innych systemach niż licencjacki, magisterski i doktorancki? Nadal w zbyt małym stopniu rozwijamy studia podyplomowe, oraz kursy, które nie prowadzą do zdobycia tytułów naukowych, a samej wiedzy lub prostych umiejętności. Dlaczego nie oferujemy odpłatnych 15-30 godzinnych kursów z historii tkactwa, fonetyki dla zaawansowanych, „zrozum chemię gotowania”, czy może „pisania akademickiego”. Ten ostatni kurs przygotowałem po wizycie na uniwersytecie w Bradze, gdzie potwierdziły się moje poglądy na temat tego jak mało efektywnie przygotowujemy naszych studentów do pisania tekstów akademickich i formalnych. Po powrocie stworzyłem taki 15-godzinny kurs na który zgłosili się sami nauczyciele akademiccy! A potem pocztą pantoflową informacja dotarła do jeszcze szerszych kręgów i nagle się okazało, że kurs odbędzie się jeszcze raz i jeszcze raz z powodu dużego zainteresowania. I chociaż uczestnicy musieli sami za siebie płacić, to raz przygotowany kurs, w połowie niekontaktowy, przetrwał na wolnym rynku. Dlaczego nie oferujemy takich kursów więcej, osobom nie związanym z uczelniami, które chętnie zapłacą za naukę jednej prostej umiejętności lub chętnie wrócą choć na chwilę do źródła wiedzy, które opuścili dekady wcześniej. Dlaczego zapominamy o całym społeczeństwie i skupiamy się tylko na maturzystach? Przecież udanego aktywizowania ludzi starszych, lub bezrobotnych, lub aktywnych zawodowo lecz nie społecznie powinno być równorzędnym celem istnienia uczelni w swoim środowisku. Jak bardzo możemy zbliżyć dzieci z rodzicami i dziadkami, gdy wszyscy będą studentami i uczestnikami kursów na jednej uczelni. Nie wszyscy muszą zaraz zdobyć tytuły naukowe, żeby się czegoś ciekawego i użytecznego nauczyć, żeby odnowić i wzmocnić więzi rodzinne, żeby wyjść z domu i znaleźć podobnych sobie fascynatów. „To wszystko nazywa się nic?”
I w końcu mój koronny argument. Dzięki zmianie podejścia do studenta, dla którego nowoczesne technologie to nie nowomowa, tylko otaczająca rzeczywistość, jesteśmy w stanie w efektywny i wymierny sposób utrzymać i dalej rozwinąć państwowe uczelnie. Nie tylko zachowamy istniejące kierunki studiów, ale dzięki reorganizacji prowadzenia zajęć umożliwimy studentom na uczestniczenie w pojedynczych zajęciach czy kursach nie związanych bezpośrednio z ich obecnym kierunkiem studiów. Jednak to wszystko będzie możliwe bez zbytniego zwiększania obciążenia sal czy nadmiernego wkładu pracy ze strony wykładowców. Wspomoże nas tu odpowiednio przygotowany system zarządzania studentami, monitorowania ich postępów, oraz prowadzenia zajęć poprzez platformy edukacyjne. W konsekwencji osiągniemy to na czym tak naprawdę nam zależy. Znowu będziemy kształcić studentów, którzy chcą się uczyć, którzy wiedzą więcej, którzy uczęszczają na zajęcia, którzy biorą aktywny udział w dyskusjach, którzy się udzielają w kołach naukowych, którzy są integralną częścią uczelni i społeczności w której przyszło im spędzić kilka najważniejszych lat życia. Wzbogacając studentów, wzbogacamy studia, a co za tym idzie, całą uczelnię. A to dopiero myślenie na poziomie lokalnym.
Jako anglista, który na co dzień styka się z najprzeróżniejszymi neofilologami, doskonale zdaję sobie sprawę, iż dzisiejszy świat skurczył się tak bardzo, że Bydgoszczy bliżej do Liverpoolu niż do Krakowa. W dobie tanich linii lotniczych i tanich technologii wcale nie musimy ograniczać naszej edukacji do rodaków zamieszkujących w naszym pięknym kraju. Miliony Polaków na emigracji miałoby realną szansę i cel powrotu do kraju choćby w ramach e-uczelni. Skoro i tak prowadzimy wszystkie zajęcia w językach obcych dlaczego nie zawalczyć o jeszcze jedną grupę studentów z zagranicy. Przecież nasz system edukacji wyższej stoi na najwyższym europejskim poziomie. Zaledwie w kilku krajach uczy się języków obcych bez użycia mowy ojczystej i dochodzi się do tak wysokich wyników jak w Polsce. Umożliwiając osobom z zagranicy na uczestnictwo w doskonale przygotowanych studiach stacjonarnych i nie stacjonarnych, kontaktowych i nie kontaktowych, w studiach licencjackich, magisterskich, doktoranckich, ale też w kursach, a do tego prowadzonych przy wykorzystaniu najnowszych technologii... Może to zabrzmi jak bajka, ale przy bardzo niskich kosztach podróżowania i utrzymania w Polsce możemy stać się edukacyjną Mekką dla całej Europy. Dlaczego Brytyjczycy mieliby iść na kosmicznie drogie studia w Anglii, skoro to samo będą mogli zdobyć w Polsce? Potrzeba jednak najpierw wprowadzić nowe technologie kompleksowo i systemowo. No i jeszcze trzeba by zacząć się profesjonalnie reklamować. A, i jeszcze nastawić się, że uczelnia w dużej mierze istnieje dla studenta, a nie dla wykładowców, czy pracowników administracyjnych. Tylko, czy w efekcie nie ograniczamy wprowadzenia i rozwoju nowych technologii na naszych uczelniach właśnie z powodów kompletnie nie związanych z procesem edukacji czy z problemami technicznymi, tylko z powodów naszej małomiasteczkowej mentalności? „Wiatr zmian” dmie od lat. „Wicher słabe drzewa łamie, hej, / Wicher wieje, / Wicher silne drzewa głaszcze, hej”. Nowe technologie umożliwią nam nie tylko rozwój, ale są prawdopodobnie jedynym gwarantem naszego przetrwania.
Zamiast bibliografii...
Przy tworzeniu tej prezentacji korzystałem z wiedzy teoretycznej i praktycznej zdobytej w pracy na kilku uczelniach wyższych w ciągu ostatnich 11 lat. Dlatego właśnie uważam, że wiedza, to niestety nie wszystko. Bez uczenia umiejętności zaczynamy zbyt odstawać od świata i stajemy się nie tyle anachroniczni, co sztuczni. Przedstawione powyżej poglądy zostały ukształtowane w czasie wielu dyskusji formalnych i nieformalnych z kolegami anglistami i nie tylko. Miałem również przyjemność odwiedzić dziesiątki uczelni wyższych w Polsce i za granicą w trakcie konferencji i podróży, i niestety, często krajowe uczelnie w porównaniu wypadały blado. Jednak naszym problemem nie było wcale zacofanie technologiczne co bardziej światopoglądowe i organizacyjne. Technologiczne problemy wydają się tu raczej być konsekwencją niż przyczyną. Większość zaprezentowanych w tym tekście tez została ponadto potwierdzona przez uczestników międzynarodowej wizyty studyjnej „Academic Writing Skills…”, którą zorganizowaliśmy na UKW w połowie maja 2012. I takich osobistych doświadczeń mógłbym tu opisać więcej.
Dlaczego w tekście nie przedstawiam żadnych konkretnych danych, ani nie odwołuję się do żadnych źródeł? Właśnie dlatego, że takiej potrzeby nie ma. Wszystko jest przecież dostępne on-line jeżeli ktoś ma ochotę poszukać odpowiedzi. Tak mówimy naszym studentom. Ale tak naprawdę moim powodem było przeświadczenie, że nieprzekonanych i tak nie przekonam przy użyciu cytatów i cyferek. Uczestniczyłem już w zbyt wielu dyskusjach, podczas których prezentowaliśmy z kolegami najprzeróżniejsze badania, wyniki, wyliczenia itd. Wydaje mi się, że w Polsce kwestia nie w badaniach, wynikach, czy wyliczeniach, tylko w nastawieniu i pewnej gotowości spojrzenia na nowo na rzeczywistość, która zaczyna nam umykać. Żadne wyliczenia tu nie pomogą, ale argumentacja i opinia poparta doświadczeniem i chęcią pracy nad rozwojem własnej uczelni mogą tego dokonać. Przynajmniej mam ciągle takie szczenięce przeświadczenie.
I wreszcie ten tekst jest oparty na prezentacji, którą wygłosiłem wśród kolegów i koleżanek z UKW podczas gdy debatowaliśmy nad dalszym rozwojem naszej uczelni, ale w ramach rozwoju całego szkolnictwa wyższego w Polsce. Stąd charakter tego artykułu miał właśnie oddać to co zawarłem w pierwotnej prezentacji, a co potem żywo i, pomimo obaw, z wielkim optymizmem omawialiśmy w czasie dalszych dyskusji. Chciałem by ten tekst w miarę możliwości oddał mnogość naszych pomysłów i odpowiedzi na różne pytania, zachowując jednocześnie bardziej luźną formę, bo dzięki temu często można powiedzieć więcej, i nie chodzi tu jedynie o liczbę słów.
Słów kilka na zakończenie
Pragnę gorąco podziękować organizatorom konferencji „Kierunki humanistyczne, pedagogiczne i społeczne UKW wobec digitalizacji...” oraz kolegom z którymi debatujemy nad e-nauczaniem od wielu lat. Chciałbym również zaznaczyć, że sporo z zaprezentowanych przemyśleń zostało (niestety?) potwierdzonych w skali UE w czasie międzynarodowej wizyty studyjnej pt. „Academic Writing Skills, Necessity for Education & Work”, którą zorganizwaliśmy na UKW w dniach 14-17 maja 2012 r. Większość z naszych problemów nie jest tylko naszą bolączką, ale to znaczy, że również rozwiązań możemy szukać poza własnymi uczelniami czy granicami kraju. Dziękuję również pani Annie Raczyńskiej za zainteresowanie moim referatem i chęcią opublikowania jego tez w „Edukacji i Dialogu” pomimo bardzo dużej presji czasowej i niestandardowego potocznego stylu zaprezentowanego w tym tekście.
